-Jesteś pewien, że
to właśnie tutaj ich przetrzymują?- mina Eve, która obserwowała stary budynek
szpitala, nie wskazywała na to, że była przekonana do zapewnień Jamesa. Byłego
agenta powoli zaczynała irytować jego towarzyszka. Zacisnął szczeki i jeszcze raz
wyciągnął w jej stronę telefon. Na wyświetlaczu pojawiła się mapa, na której na
samym środku migała czerwona kropka, wskazująca miejsce, od którego znajdowali
się jakieś kilkanaście metrów. Bond nie chciał wzbudzać żadnych podejrzeń,
dlatego zaparkował samochód w niewidocznym z budynku miejscu, natomiast oni
swobodnie mogli obserwować czy ktoś wychodzi lub wchodzi do środka.
-Zanim Styles opuścił stolicę, zainstalowałem w jego
telefonie aplikację, która umożliwi mi zlokalizowanie go, kiedy będzie taka potrzeba.
Tak, Eve, jestem pewien, że są tutaj!- warknął na kobietę, nie hamując już
narastającej w nim złości. Mulatka skrzywiła się lekko, ale postanowiła już nic
nie mówić, co ucieszyło mężczyznę. Był już wystarczająco podenerwowany tym, że
jego córka trafiła w łapy jego największego wroga. I Styles tak samo. Co jak
co, ale myślał, że chłopak bardziej postara się w swoim zadaniu. Był dla niego
oschły i wymagający, ale pragnął tylko tyle, aby pokazał, że faktycznie zależy
mu na tej pozycji.
Gdy kilka dni temu
otrzymał telefon od Styles, wiedział, że coś poszło nie tak. Miał się z nim
kontaktować, gdy tylko nadejdzie jakieś zagrożenie. Przez ten czas Bond miał na
zadaniu wytropić Silvę i po raz ostateczny go wykończyć! Jednak wszystko trafił
szlag.
Od trzech dni byli
już na miejscu. Nie robili nic, tylko obserwowali. Wróg nie mógł wiedzieć, że
są tutaj. James potrzebował czasu i planu jak odbić Irmę nie narażając ją przez
to na utratę życia. Nienawidził być w takiej bezradnej sytuacji. Musiał szybko
działać, tylko nie mógł liczyć na żadna pomoc. Eve praktycznie nie nadawała się
do niczego, a jednak była tutaj z nim. Nie wspominał za dobrze ich ostatniej
wspólnej misji, która zakończyła się dla niego upadkiem jego kariery. Jednak
miał nadzieję, że tym razem go nie zawiedzie i nie zrobi żadnego głupiego
czynu, jak np. postrzeli jego córkę, bo nie będzie miała innego wyboru. Na samą
myśl jego ciało przeszły ciarki. Musiał szybko coś wymyślić. Denerwowało go to,
że w tak ważnym momencie jego myśli okryte były mgłą. Sprawiało mu trudność
skupienie się na czymkolwiek, bo co chwilę powracał do budynku i tego, co
działo się za jego murami.
Zerwał się
gwałtownie i szybko wysiadł z samochodu, zatrzaskując przy tym drzwi. Oparł się
o maskę samochodu i schował twarz w dłoniach. Nie przypominał w ogóle siebie.
Kiedyś był zupełnie inną osobą. Silva doskonale wyczuł jego słaby punkt, jakim
była da niego Irma. Trzymał ją w bezpiecznym miejscu, nie chciał aby nikt o
niej wiedział, jej bezpieczeństwo było dla niego najważniejsze. Nie mógł znieść
myśli, ze mogło jej się coś stać. Nie mógł stracić ostatniej osoby na świecie,
która łączyła go jeszcze w jakiś sposób z Vesper…
-James?
Wyprostował się na
dźwięk swojego imienia i przez ramie rzucił obojętne spojrzenie w kierunku Eve.
Kobieta przeniosła ciężar z jednej nogi na drugą i niepewnie wpatrywała się w
niego.
- Idę tam. Ty zostajesz tutaj, tak jak się umawialiśmy
przed wyjazdem. Gdy jakoś uda mi się ich stamtąd wydostać, dam ci znać. –
odwrócił się do niej przodem. Widząc malującą się na jej twarzy niepewność,
zacisnął szczękę, czując narastającą furię. A jednak coś pozostało, że starego
Bonda. Wycelował w nią palec.- Rozumiemy się?!
Przymknęła powieki, odwracając głowę w bok.
- Jasne, szefie.- odparła cicho.
Przez kilka sekund
trwał w miejscu, ze wzrokiem wbitym w Eve. Dosłownie przez moment ukłuło go
poczucie winy, ze nie powinien tak się na niej wyładowywać, ale zaraz uczucie
zniknęło. Teraz musiał skupić się tylko na Irmie, Eve zajmie się później.
Ruszył na tyły samochodu. Otworzył bagażnik i wyciągnął z niego broń. Wsunął
pistolet za pasek, uprzednio zabezpieczając go. Później ruszył w stronę
upatrzonego celu. Tego wieczoru, ktoś zapłaci za wszystkie wyrządzone mu
krzywdy, życiem.
*
Czas stracił już
dla niej jakiekolwiek znaczenie. Kompletnie nie wiedziała, jaki był dzień, pora
dnia i co najważniejsze, ile byli tutaj uwięzieni. 2 dni? Tydzień? A może
miesiąc? Powoli zaczynała tracić nadzieję, że uda im się stąd wydostać. Przynajmniej
nie żywym.
Codziennie
przeżywała to samo. Rano ktoś gwałtownie nią potrząsał, a gdy odmawiała
posłuszeństwa brutalnie szarpali ją za ręce i podnosili, a czasami nawet
przerzucali przez ramię jak szmacianą lalkę i wynosili na górę, gdzie dopiero
tam czekało na nią prawdziwe piekło. Nie krzyczała, nie walczyła już nawet z
nimi, tak jak pierwszego dnia, gdy oderwali ją od Edwarda. Poprzedniej nocy,
ukołysana przez niego do snu, czuła się, choć przez chwilę szczęśliwa. Dobrze
było na tej jeden krótki moment pouczyć coś przyjemnego, niż tylko ból i
strach.
Została obudzona
tak jak do tej pory, tylko za pierwszym razem było to dla niej szokiem. Nie
wiedziała, co się dzieje, dlaczego ktoś krzyczy na nią i siłą stawia na nogi. Zaczęła
wołać Edwarda, szarpając go desperacko za rękę, aby się obudził. Widziała jak chłopak
z początku nie wiedząc, co się dzieje, sennym, obojętnym wzrokiem patrzył jak próbują
wyciągnąć ją z celi. Ona powstrzymując ich ostatkami sił trzyma się dzielącej
ich kraty. Widząc jej twarz, wykrzywioną w bólu, momentalnie otrzeźwiał, jakby
ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody. Zerwał się na równe nogi i przez kraty
chwycił napastnika za gardło. Poczuła jak dłoń olbrzyma zmniejsza ucisk na jej
ramieniu i spróbowała się wyszarpnąć. Jednak w tym samym momencie, w pokoju
pojawił się Reed. Bez namysłu wdarł się do celi Styles i powalił go jednym
silnym ciosem na ziemię.
-Zabierz ją stąd, Payne. Silva już
czeka.
I znów znajdywała
się w tym samym pokoju, którym była przetrzymywana na samym początku. Coraz
bardziej czuła jak opuszczają ją siły. Pomimo tego, że porywacze codziennie
„dbali” o to, aby dostali posiłek, nie tknęła się niczego, co im podawano.
Pusty żołądek ciągle dawał o sobie znać, ale starała się to ignorować. Było to
co raz trudniejsze. Czuła, że jej organizm jest coraz to słabszy. Nawet teraz,
będąc w pozycji siedzącej, miała trudność z utrzymaniem pionowo głowy, ręce
drżały i próbując je uspokoić, wcisnęła je między kolana.
Drzwi za jej
plecami zaskrzypiały cicho i jej ciało momentalnie przeszył dreszcz. Zacisnęła
usta w wąską linię i uniosła wzrok na Jareda. Blondyn kucnął naprzeciwko niej,
wpatrując się w twarz dziewczyny z uśmiechem, za którym, nie kryło się ani
trochę wesołości.
-Cześć piękna.- wyciągnął dłoń, chcąc dotknąć jej
policzek, ale wyczuwając jego intencję, szybko odsunęła głowę. Jego twarz
przeszył grymas niezadowolenia, lecz szybko zatuszował to kolejnym sztucznym
uśmiechem.
-Och, Irma… Pomyśleć, że kiedyś lubiłaś, gdy cię
dotykałem.
Powoli spojrzała niego, nie kryjąc obrzydzenia, jakim go
darzyła. Na samą myśl o chwilach, spędzonych z tym człowiekiem i świadomości
tego, że mu zaufała, robiło jej się niedobrze. Jak mogła wtedy czuć cokolwiek
do takiego człowieka? Blondyn przechylił lekko głowę w bok, wciąż nie
spuszczając z niej wzroku.
-Nie zamierzasz nic powiedzieć?
-Zostaw mnie w spokoju.- odparła po chwili, ciesząc się w
duchu, że jej głos zabrzmiał spokojnie i nie zająknęła się przy każdym
wypowiedzianym słowie.
-Bardzo mi przykro, skarbie, ale niestety dzisiaj jesteś
skazana na mnie.- wyszczerzył się jeszcze bardziej i poklepał ją po kolanie. Na
te słowa, poczuła, jak jej serce przyspiesza. Nie, tylko nie to! Panika
ogarnęła całe jej ciało.
Gdy była sam na
sam z Silvą, mężczyzna tylko zadawał pytania, na które i tak rzadko udzielała
odpowiedzi. Większości z nich były dla niej kompletnie nie zrozumiałe. Była
wypytywana o pracę swojego ojca, o której mało co wiedziała. Silva był
nadzwyczaj opanowany i pełny cierpliwości na jej milczenie. Jednak, żeby w
końcu zmusić ją do czegokolwiek, posyłał tego mięśniaka zwanym, Payne, aby
przyprowadził Jareda. Reed w porównaniu do swojego szefa szybko wpadał w złość
i trudno było go kontrolować. Dlatego z prawie każdego przesłuchania lądowała w
celi z coraz to bardziej opuchniętą twarzą. Perspektywa tego, że dzisiaj będzie
musiała spędzić z nim cały ten czas, wywoływała u niej paniczny strach.
Dostrzegł to, ponieważ nawet nie starała się już tego ukrywać. A on czerpał
przyjemność z tego przerażenia.
Tak bardzo pragnęła
jego śmierci. Może gdyby miała, choć odrobinę siły… Nie, nie miała na co
liczyć. Jej plan wyparował tak samo szybko jak się pojawił. Musiała pogodzić
się z tym, że nigdy nie ucieknie z tego miejsca. Zamrugała gwałtownie
powiekami, starając się pozbyć napływających do oczu łez.
-Dlaczego po prostu mnie nie zabijesz?- wyszeptała,
patrząc mu prosto w oczy.- Przecież i tak nie powiem wam nic wartościowego.
-Nawet nie wiesz jak bardzo pragnę to zrobić.- z jego
uśmiechu nie pozostało już nic. Tym pytaniem obudziła w nim jego prawdziwe
„ja”. Jego tęczówki pociemniały i zabłyszczały złowieszczo. Przysunął twarz do
niej, a ta odruchowo odsunęła się do tyłu.- Gdyby nie rozkazy Silvy, już dawno
bym z tobą skończył, ale on wciąż uparcie twierdzi, że jesteś mu potrzebna.-
zmarszczył brwi, kończąc swoją wypowiedź. Podniósł się powoli z miejsca i
zaczął przechadzkę po pokoju. Ona w dalszym ciągu siedziała jak sparaliżowana,
bojąc się zrobić jakikolwiek ruch.
Ciszę, przerwała
seria krótkich wystrzałów, dochodząca zza zamkniętych drzwi. Kątem oka
dostrzegła jak Jared zatrzymuje się gwałtownie i uważnie nasłuchuje. Pomiędzy
jego brwiami pojawiła się pojedyncza pionowa kreska. Na jego twarzy malowało
się zaskoczenie, więc to, co się działo gdzieś tam w głębi budynku, nie było
zaplanowane. Zaciskał i rozluźniał dłonie, był bardzo niespokojny. Czyżby coś poszło nie tak?, pomyślała,
czerpiąc satysfakcję z jego miny. Poczuła narastającą falę nadziei. Co jeśli
wieść o ich porwaniu dotarła do ojca i wysłał kogoś, aby ich odbił? Zagryzła
policzek od wewnętrznej strony, aby się powstrzymać od wpływającego na usta
uśmiechu.
-Nawet nie myśl o ruszeniu się stąd!- twarz byłego
przyjaciela, nagle pojawiła się tuż przed nią.
-A co mi zrobisz?- zapytała z nutką sarkazmu.
-Wtedy już nikt nie stanie na przeszkodzie, żeby cię
zabić.- i właśnie w tedy w jego oczach zobaczyła, że mówi prawdę. Odwrócił się
na pięcie i wyszedł zostawiając ją samą, pogrążoną w myślach.
Nienawidziła być w
niepewności, musiała wiedzieć, co tak naprawdę tam się działo! Zaczęły targać
nią wątpliwości, czy zostać na miejscu czy uciekać i liczyć się z tym, że jeśli
strzały nie pochodziły od sojuszników jej dalszy los jest już przesądzony.
Tylko, co jeśli Edward jest w niebezpieczeństwie? Nagle jej życie przestało ją
obchodzić. Jeśli miała zginąć, dobrze, ale złożyli obietnicę, że Edward
zostanie puszczony wolno. Musiała dopilnować, żeby dotrzymali swojego zdania.
Zebrała w sobie
ostatki sił i podniosła się z krzesła.
-Pieprz się, Reed.- wymamrotała do siebie i wyszła na
korytarz.
ojojo ale bd akcji w następnym :D nie chce byc w skórze Reed'sa gdy Bond go dorwie :D może sie z nim "łagodnie" obejdzie, hahahah nie xD i ciekawe jak James zareaguję, jak sie dowie, że irma darzy uczuciami Edwarda, raczej nie bedzie zachycony, kurcze dodawasz szybko następny rozdział :******
OdpowiedzUsuńsuper rozdział! dziękuję że zdecydowałaś się kontynuować to opowiadanie, już nie mogę się doczekać następnego rozdziału!
OdpowiedzUsuńCiekawe opowiadanie, ciekawy pomysł. Według mnie można poruszyć jakiś inny wątek taki, którego jeszcze nigdy nie było, i którego nikt się nie spodziewał. Czemu, to dodaje inspiracji oraz pomysły na dalsze wątki. Nie kończ go jeszcze, bo naprawdę jest to bardzo fajne opowiadanie. Pozdrawiam, bella albo @luvmybatman :)
OdpowiedzUsuńTo nadal wciąga, kochanie! :)
OdpowiedzUsuńMasz wenę, to widać <3
Nadal jest dużo akcji i tyle elementów, serio. Jak idealny James Bond :D
Czekam na kolejny! :)
@TheAsiaShow_xx
Przepraszam Cię za tę obsuwę, ale urodzinowe szaleństwo mnie dopadło i dopiero teraz jestem w stanie skomentować, choć może mój stan nie jest jeszcze normalny ;p
OdpowiedzUsuńCieszę się, że wróciłaś do nas ze swoją twórczością. Stęskniłam się za Twoi stylem pisania i przedstawiania postaci. Robisz to cholernie oryginalnie i mam nadzieje, ze niedługo pojawi się kolejny rozdział tutaj i na tym nowym blogu ;))
Rozdział jest bardzo dobry. Trzyma niesamowicie w napięciu, a akcja leci w przyjemnie szybkim tempie. Całość jest niezwykle płynna i kiedy zaczęłam czytać, to nawet nie wiem kiedy - pojawił się koniec ;c Twoje opowiadanie nadal wciąga i zawsze czuje niedosyt przy końcówce. Mam nadzieje, że nie każesz nam długo czekać na next!
KC <33
Kochana, po pierwsze i najważniejsze - uważam, że nie powinnaś kończyć tego opowiadania. Oczywiście, zrobisz, co uważasz, za stosowne, ale gdybyś faktycznie zmierzała ku finishowi, to straciłabyś okazję na rozwinięcie wątku Irmy i Stylesa, a on ledwo co się zaczął. Proszę, przemyśl to, kochanie. Masz cudowny talent i wspaniały pomysł, może po prostu zrób sobie przerwę, a potem wróć :) Oczywiście, to tylko sugestie, wiesz, że jestem Twoją fanką <3
OdpowiedzUsuńCo do rozdziału... Jezu, jestem taka rozwalona tym, co się dzieje. Od początku wiedzialam, że Jared to straszny chuj, ale jak można być aż tak dwulicowym palantem? Nie potrafię tego zrozumieć. Nie potrafię zrozumieć, jak mogą obchodzić się z nią w taki sposób... I jeszcze Styles, jak go uderzył, to aż mnie zabolało. Proszę, niech James już ich znajdzie, proszę, nie uśmierć nikogo, bo bym tego nie przeżyła :o No, Jareda możesz :D
Na samym początku chce cię przeprosić za moja cholernie długą nieobecność. Wiem ze w tym wypadku nawaliłam ale to tylko i wyłącznie z powodu braku dostępu do pełnego internetu. Trochę to trwało, ale w końcu jestem (:
OdpowiedzUsuńTak sobie czytam te rozdziały i takie wow - tylko nie wiem jeszcze z jakiego powodu; czy dlatego że napisałaś, iż kończysz już to ff czy też dlatego że Irma zrozumiała, ze Edward nie jest jej obojętny sgdgsuehdhieir teraz tylko kwestia wydostania sie z tego gowna i będą wolni. Podejrzewam ze Bond zabije Stylesa za taki obrót akcji ale mam nadzieję że Irma go uratuje haha xd
Kocham cie ♥
Koocham <33 kiedy next?
OdpowiedzUsuń